Dominikana – raj czy piekło?

Jeśli pamiętacie czasy, gdy oferta biur podróży składała się głównie z wycieczek do Grecji, Egiptu, Tunezji, Hiszpanii i Bułgarii, zapewne możecie się czasami zaskoczyć jak wiele możliwości mamy obecnie. Katalogi są znacznie obszerniejsze, a destynacje uzależnione są, jak niemal wszystko, od mody. Jeszcze parę lat temu królowały pięciogwiazdkowe kompleksy hotelowe w Szarm El Sheik, złota plaża Bułgarii i imprezowe wyspy Hiszpanii. Potem pojawiła się Chorwacja, Albania czy Gruzja. Oraz zaczęły nieśmiało pojawiać się oferty dla wypoczynku na innych kontynentach. Z początku ceny były wręcz astronomiczne, ale z czasem zaczęły się stabilizować i obecnie nie są aż tak poza zasięgiem, jak mogłoby się wydawać. Czy jednak warto wydawać oszczędności całego roku, albo i kilku lat? Co jest niesamowitego w tej karaibskiej wyspie, że obecnie jest najpopularniejszym (a często jedynym) międzykontynentalnym celem? Czy huragan jest aż tak straszny jak go malują?

10 w skali Beauforta

Gdy odwiedziłam Dominikanę dwa lata temu, było to kilka tygodni przed wprowadzeniem wylotów z Poznania. Niemal spóźniłam się na pociąg do Warszawy. Na lotnisku zaś w wiadomościach zagranicznych pojawiły się pierwsze wzmianki o huraganie zbliżającym się w stronę Morza Karaibskiego. Błąd w jednym z tekstów sprawił, że niemal spanikowaliśmy. Ktoś nieopatrznie pomylił bowiem Dominikanę z Dominiką. Dominika zaś została zniszczona dość mocno. Na szczęście nasi znajomi byli już na miejscu, donosili o gorącu, słońcu i przedniej zabawie. Postanowiliśmy zaufać profesjonalistom – uznaliśmy, że w razie jakiegokolwiek zagrożenia linie lotnicze odwołają lot. Zaznaczę, że chociaż lecieliśmy na pokładzie Boeinga należącego do TUI, nie wykupiliśmy u nich wycieczki. Znajomy wyszukał nam połączenie oraz niezły hotel w korzystniejszej cenie, niż te proponowane przez biura podróży.

Podróż minęła nam spokojnie i monotonnie. Wykupiliśmy pakiet “rozrywka” za kilka euro. Była to dobra inwestycja, gdyż lot trwał dwanaście godzin. Lecieliśmy w dzień, więc nie spaliśmy – jest to odradzane, jeśli chcemy uniknąć jet lagu. Po dotarciu na miejsce spotkaliśmy się z taksówkarzem, który odwiózł nas do hotelu. Przejazd wykupiliśmy wcześniej, przez odpowiednią stronę internetową.

Nasze pierwsze wrażenia? Było gorąco, parno, duszno. Ale nie było to nieprzyjemne. Oczywiście zależy to od osobistych preferencji. Ja bardzo lubię wysokie temperatury, ale dla kogoś z problemami zdrowotnymi, takimi jak nadciśnienie, podobne warunki klimatyczne mogłyby być nieznośne.

Już od samego początku poinformowano nas o zbliżającej się “Marii”. Nikt jednak nie wyglądał na przejętego, więc również się nie przejmowaliśmy.

Następny dzień powitał nas słońcem. W ciągu kilku godzin zaczęło ono znikać za chmurami, zrywał się coraz silniejszy wiatr, a obsługa hotelowa zaczęła zabijać okna restauracji płytami wiórowymi. Poinformowano nas, że Maria dotrze do nas za kilka godzin. I rzeczywiście, wkrótce mieliśmy szansę na własne oczy oglądać huragan.

Piekło w raju.

Siedzieliśmy zamknięci w pokoju ponad dobę. Dostarczano nam jedzenie oraz napoje. Nikt nas nie zamykał na klucz, po prostu odradzano nam wychodzenie na zewnątrz, a my słuchaliśmy. Wiatr był silny, padał deszcz, ale nadal było gorąco. Obsługa hotelowa ubrana w żółte peleryny przeciwdeszczowe i kalosze dbała o to, aby niczego nam nie zabrakło. Na twarzach mieli podobny grymas do naszego, gdy budzimy się rano i okazuje że w nocy był mróz, więc musimy skrobać szyby w samochodzie. Zero przejęcia. Nie mam pojęcia, czy było to szczere, czy wystudiowane, Ale działało. Ich spokój i opanowanie wpływały także na nas. To, co zaczęło doskwierać nam najbardziej to niedziałająca toaleta. Raz wykąpaliśmy się w basenie, gdy huragan jeszcze nie osiągnął szczytu swoich możliwości, Ale z czasem nazbierało się tam dużo liści, a ponieważ wszyscy brali z basenu wodę do spłukiwania toalet, postanowiliśmy poczekać. Nasz turnus pokrywał się z turnusem Amerykanów z południowych stanów. Oni również wyglądali na niewzruszonych (to oni doradzili nam czerpanie wody z basenu, zachowując się przy tym jakby doradzali nam przy wyborze jogurtu – normalka).

Po 24 godzinach dość intensywnego oczekiwania nastąpiło kolejne 36 godzin. Wciąż brak prądy, wody i obiecanego raju. Wzrastała frustracja. I tyle. Wciąż nie robiło się niebezpiecznie, nie czuliśmy zagrożenia, a jedynie zmęczenie i zniechęcenie. Wreszcie zaczęło się rozjaśniać. Otwarto kasyno. Z hotelu wyszli wszyscy i rozpoczęła się zabawa. Prawdę mówiąc, była to jedna z najlepszych imprez na jakich byłam. Następnego dnia zaczęło świecić słońce, przywrócono prąd i wodę. Pracownicy zaczęli sprzątać cały kompleks. I wreszcie zaczęły się nasze rajskie wakacje.

“Don’t worry, mamjuana will give you what you want”

To, co czyni Dominikanę Dominikaną są ludzie. Oczywiście można tak powiedzieć o każdym miejscu, ale Karaiby mają w sobie coś niesamowitego. Mieszkańcy są mili, uśmiechnięci i wyluzowani. Ich energia jest zaraźliwa. Jednak dwa czynniki nie przypadły mi do gustu. Po pierwsze, ze względu na popularność miejsca wśród turystów, wszyscy próbują na wszystkim zarobić. Będziemy zatem wciągani do sklepów, namawiani do zdjęć z papugami czy małpami, częstowani świeżym kokosem, zachęcani do przejażdżek łódkami, pontonami-bananami i skuterami.

Wszystko kosztuje zazwyczaj więcej niż powinno, więc należy się targować. Ostatecznie jednak i tak prawdopodobnie zapłacimy więcej niż dana rozrywka jest warta. Ale dla nas jeden dolar to nie majątek. Dla nich znaczy zaś dużo więcej. Kolejnym problemem jest bariera językowa. Większość tubylców mówi bardzo słabo po angielsku. Jednak jeśli nie zadzieramy nosa i jesteśmy skłonni do używania gestów i języka quasi-migowego, zapewne się dogadamy. A jeśli mówimy po hiszpańsku to problem zupełnie znika.

Pamiętajcie, że Dominikana jest najbardziej oblegana przez Amerykanów. Dlatego tubylcy nabrali zwyczajów serwisu ze Stanów. Oznacza to, że należy dawać napiwki. Dwa, trzy dolary dla kelnera. Sprzątaczce warto dać na samym początku większą sumę, na przykład piętnaście czy dwadzieścia dolarów. Dzięki temu możemy być pewni, że codziennie będziemy cieszyć się czystymi ręcznikami, pełną lodówką i czystością. Mówmy wszystkim “hola”, uśmiechajmy się, zagadujmy. Dzięki temu pokażemy im, że traktujemy ich jak ludzi, a nie służących. A oni odwdzięczą się tym samym. To, co dostają od gości stanowi często połowę ich miesięcznego wynagrodzenia. Nie ma zatem co walczyć z wiatrakami, jeśli nie chcemy dawać napiwków, nie dawajmy. Ale nie dziwmy się potem, że skoro sami wykluczyliśmy się z tej gry, jesteśmy traktowani nieco gorzej.

Co warto ze sobą przywieźć…

Wśród wszelkiego rodzaju pamiątek z gipsu, drewna i plastiku, warto zwrócić uwagę na trzy produkty, które oferuje Dominikana. Po pierwsze rum. Pije go niemal każdy, niezależnie od pory dnia czy wykonywanego zawodu. Według naszego przewodnika kierowcy na Dominikanie, choć powinni mieć zero promila w wydychanym powietrzu, zazwyczaj  przekraczają te normy. Dowiedzieliśmy się tego w trakcie podróży na wyspę Saona. Jest to park narodowy i absolutne arcydzieło natury. Widoki z tego miejsca zapierają dech w piersiach, a inna nazwa niż “raj” na określenie tych plaż i morza nie odda nawet połowy wrażenia jakie wywierają.

Drugim produktem Republiki, na który można zwrócić uwagę są cygara. Dla każdego konesera wycieczka na Karaiby powinna być punktem koniecznym. Każdy sklep oferuje wiele rodzajów, w najróżniejszych cenach. Dlatego, jeśli nie znamy się na tym temacie, może być nam trudno.

Wyjątkowym produktem, do zakupu którego zapewne będziemy zachęcani, jest mamajuana. Jest to selekcja ziół i kory, które zalane czerwonym winem, rumem, lub czymkolwiek, co lubimy, ma leczyć wszystko i być złotym środkiem od czegokolwiek. Sprzedawca zapewniał nas, że działa świetnie jako afrodyzjak, zastępuje viagrę, leczy złamane serce, reumatyzm, przeziębienie, przyciąga szczęście i pieniądze, zapewnia długowieczność. Czy jest to prawda, sami musicie sobie odpowiedzieć. Ja powiem jedynie, że według mnie mamajuana stanowi z pewnością wyjątkowo oryginalną pamiątkę.

Czy powinienem lecieć na Dominikanę?

Nie wiem. Wszystko zależy od wielu czynników. Na pewno warto pamiętać, że ta wyspa nie musi być rajem, może z łatwością przeobrazić się w piekło. Nasz huragan nie był najsilniejszy. Nasz region oszczędził. Para z Brazylii, którą poznaliśmy, miała wylot zaplanowany w czasie najsilniejszych wiatrów. Dwie dodatkowe doby musieli opłacić z własnej kieszeni. Dlatego dobre ubezpieczenie to podstawa. Jeśli wykupujecie wycieczkę z biura podróży i lecicie w miejsce, które jest w jakiś sposób zagrożone, np. ze względu na klimat, upewnijcie się, że zapewniona będzie Wam odpowiednia opieka, w razie jakichkolwiek problemów. Chociaż opisane powyżej doświadczenia mogą wydawać się łagodne, nie zapominajmy, że huragany bywają śmiertelne, pozbawiają ludzi domów, dobytku, a niestety często i życia.

Pamiętajcie, że rzeczywistość może różnić się od Waszych marzeń ale nie powinniście się zrażać. Jeśli przeszkadzają Wam upały, hałaśliwi mieszkańcy nieznający angielskiego albo, co gorsza, nie lubicie rumu, zostańcie w domu. Jeśli jednak macie do podróży dystans oraz odpowiednie fundusze, pakujcie walizki.

Dodaj komentarz